Subscribe: mmazur.7thguard.net
http://jogger.pl/rss/content/html/jid/mmazur@kernel.pl/10
Added By: Feedage Forager Feedage Grade B rated
Language: Polish
Tags:
ale  bardzo  dla  jak  jest  jeśli  już  mnie  może  nie jest  nie  przez  się  sobie  tak  tego  tym  że   
Rate this Feed
Rate this feedRate this feedRate this feedRate this feedRate this feed
Rate this feed 1 starRate this feed 2 starRate this feed 3 starRate this feed 4 starRate this feed 5 star

Comments (0)

Feed Details and Statistics Feed Statistics
Preview: mmazur.7thguard.net

mmazur's blog



Wpisy z dziennika internetowego Jogger, wspomaganego przez Jabbera



Last Build Date: Wed, 19 Jul 2017 15:45:04 +0200

 



Future perfect (BM 15/15)

Sat, 29 Mar 2014 23:33:43 +0100

Perfekcjonistę łatwo rozpoznać po tym, że jak się mu każe przygotować wstępny szkic, to on po zdecydowanie zbyt dużej ilości czasu przedstawia coś, co dla normalnego człowieka jest co najmniej piątą rewizją. Człowiek, który tego nie doświadczył, nie jest w stanie docenić ilości wysiłku jaki wymaga od perfekcjonisty zmuszenie się do pokazania komuś faktycznego wstępnego szkicu. Spróbujcie o tym pamiętać następnym razem gdy spotkacie kogoś, kto zamiast publikować swoje zmiany na bieżąco, zawsze „zaczyna” od czegoś, co jest w 75% ukończonym projektem – różni ludzie mają najdziwniejsze blokady w głowie, nierzadko bardzo solidne.¹

Jedną z opcji radzenia sobie z takim zachowaniem jest po prostu zmuszanie się do publikowania tego, co się zrobiło, w takim stanie, do jakiego udało się to doprowadzić w dostępnym czasie, nawet jeśli nie jest ten stan zadowalający. (A dla perfekcjonisty nigdy nie jest.)

Czasami mi się to udawało. Na początku tej zabawy zapowiedziałem sobie, że za kilka miesięcy, gdy będzie mi się odpowiednio nudzić, przejrzę wszystkie opublikowane teksty i po prostu usunę te, które wydadzą mi się zbyt marne, by dalej tutaj wisiały. Przeczyta je do tego czasu może kilkadziesiąt osób, pewnie żadna nie zapamięta – jakoś to przeboleję.

Alternatywną strategią było szybkie wycofanie się jeśli sądziłem, że nie uda mi się doprowadzić do formy publikowalnej tego nad czym akurat pracuję (nawet zmuszając się do ignorowania niedoróbek). Dlatego poza tym, co opublikowałem, istnieje jeszcze kilka rozpoczętych, ale nie skończonych tekstów (oraz plany na kilka następnych).²

Eh, przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie oczekuje, że sportowiec osiągnie wysoki poziom bez poświęcenia na treningi ogromnej ilości wysiłku i ciężkiej pracy. A perfekcjonista ma gdzieś głęboko w mózg wsadzone to idiotyczne przeświadczenie, że powinien usiąść do wybranego przez siebie narzędzia, po czym wytworzyć doskonałość. I jest autentycznie zły i zawiedziony, gdy jego oczom ukazuje się nawóz.

Jeśli mój syn mi kiedyś powie, że mu po dzieciństwie został taki obraz samego siebie i ma teraz problem z zabraniem się za cokolwiek, to się chyba rzucę z mostu. Ile ja lat zmarnowałem przez tę przeklętą pętlę myślową „nie jestem w tym dobry, więc nie będę tego robił, więc nadal nie jestem w tym dobry, więc…”.³

Heh, plan miałem, by, pomimo niesprzyjającego nastroju, zmusić się do naklepania jakiegoś lekkiego podsumowania o optymistycznym wydźwięku, ale ewidentnie zbyt to by było niezgodne z moim usposobieniem.

Cóż, poprzednia wersja tego tekstu wyglądała jeszcze gorzej. Zawsze to jakiś postęp. :)

¹ Bieżące commitowanie i pushowanie zmian do tego, co akurat robię idzie mi już drastycznie lepiej, niż parę lat temu, ale i tak wymaga ode mnie zdecydowanie więcej wysiłku, niż uważam za wskazane.
² Chciałbym je napisać/przepisać, może kiedyś to zrobię, ale pewnie nieprędko, gdyż mam po tym miesiącu serdecznie dosyć prozy. Może zrobię sobie dwa tygodnie z jakimś serialem, w ramach odmóżdżenia… Parę lat temu spędziłem bodajże kwartał (albo więcej, nie chce mi się zaglądać do notatek) z Buffy, Angelem i wszystkimi Stargate'ami. O takiej ilości wolnego czasu mogę zapomnieć, ale może udałoby mi się łyknąć sezon czegoś w dwa tygodnie, jakbym się postarał.
³ A od dawna wiadomo, że żeby robić cokolwiek dobrze, trzeba być nastawionym na ilość bo bez niej nigdy nie ma jakości. Sprawdzano to także u dzieci – te, które traktowały naukę/pracę jako wartość samą w sobie, a nie były tylko i wyłącznie zafiksowane na osiągnięciu konkretnego celu, miały lepsze wyniki. Perfekcjonizm paraliżuje ilość, a w konsekwencji blokuje możliwość jakiejkolwiek jakości.




Pełna polska fizyczna klawiatura do Androida (BM 14/15)

Sat, 29 Mar 2014 00:35:19 +0100

Na dłuższy opis wspomnianego już przeze mnie netbooka Lenovo A10 przyjdzie jeszcze pora, na początek wrzucę tylko opis najistotniejszego problemu w tym sprzęcie występującego i co z tym można zrobić. Otóż…

Zainstalowany Android nie ma domyślnie żadnego polskiego mapowania dla fizycznej klawiatury. Serio. Nie da się pisać polskich literek. Byłem pod sporym wrażeniem, że w 2014 tak duży producent wypuścił na polski rynek całkowicie spolonizowany produkt z tym jednym „drobnym” mankamentem.

Rozwiązania są trzy.

Pierwsze to zainstalowanie z marketu jakiejś paczki zawierającej polski układ klawiatury, np. tych od RaidSix.

Drugie to zakup External Keyboard Helper Pro, który dodatkowo potrafi przemapować dowolny klawisz do dowolnego klawisza, tak jak to się da zrobić na normalnym komputerze.

Trzecią opcją jest użycie przygotowanego przeze mnie mapowania (programisty, oczywiście). Wymaga to trochę więcej zabawy, niż dwie powyższe opcje, ale za to ma dwie zalety:
1. Standardowo dostępne (przy użyciu prawego Alta) są używane u nas znaki specjalne: € – — ‹› (alt+odpowiednio: 5 - = []) oraz: „” «» (alt+shift+odpowiednio: ,' []).
2. Dostępna jest wersja klawiatury przemapowująca przycisk Menu znajdujący się na prawo od prawego Alta na prawy Alt, co oznacza, że nawet jak się przy pisaniu kciukiem spudłuje, to skutkiem nie będzie bardzo psująca rytm zmiana focusu na menu aplikacji. Pamiętam, że przez jakiś czas używałem takiego przemapowania na 14" laptopie, bo prawy Alt był trochę bardziej w lewo, niż na pełnej klawiaturze, a na 10" urządzeniu ten błąd się popełnia cały czas.

Instalacja

Najpierw trzeba włączyć możliwość instalacji oprogramowania z niezaufanych źródeł. O tak:

(image)

Później trzeba zainstalować paczkę z mapami klawiatur stąd, a następnie je skonfigurować:

(image)

Pod przyciskiem „Skonfiguruj układy klawiatury” jest lista dostępnych mapowań klawiatur. Jak widać ja mam zaznaczone obie wersje polskiej klawiatury. Dzięki takiej konfiguracji kombinacja Ctrl+Spacja działa jak włącznik/wyłącznik klawisza Menu, bo przełącza między dwoma prawie identycznymi mapami klawiatur różniącymi się tylko zachowaniem tegoż klawisza. Sporadycznie się to przydaje.

Technikalia

W niezbyt dalekiej przyszłości pojawi się pewnie jeszcze jakaś dodatkowa funkcjonalność, choćby z racji tego, że bardzo mi brakuje klawiszy Home i End. Jeśli uda mi się sensownie dodać te klawisze bez modyfikowania podstawowego zachowania reszty klawiatury, to tak zrobię. Jeśli nie, dodam jeszcze trzeci wariant np. usuwający Print Screena.¹

A jakby kogoś interesowało podłubanie w tym samemu (albo chociaż śledzenie zmian), to tu jest repo na githubie.

¹ Trzeci wariant jest i tak całkiem prawdopodobny. Klawisze na lewo od spacji by się zdecydowanie bardziej przydały do jakichś skrótów klawiaturowych. Oczywiście przy założeniu, że uda mi się znaleźć/dorobić możliwość przemapowywania klawiszy w firefoksie albo chromie, w co niestety wątpię. Nawet chrome pecetowy nie pozwala na przemapowanie wszystkiego, a co dopiero droidowy.




Zalety braku czasu (BM 13/15)

Thu, 27 Mar 2014 22:28:52 +0100

Im ma się mniej czasu wolnego, tym łatwiej zdecydować co z nim zrobić. Częściowo ten efekt był już dla mnie zauważalny przy pojawieniu się w domu psa, ale rzeczywistą różnicę zrobiło dopiero pojawienie się małego dziecka.

Gdy w trakcie studiów i przez kilka lat po nich ilość wolnego czasu mogłem liczyć w dziesiątkach godzin tygodniowo zasada była prosta – po co robić coś teraz, jeśli można za godzinę, jutro, albo za tydzień. Przecież mam czas.

Oczywiście technicznie było to prawdą. W praktyce powtarzałem sobie „później” przez kolejne dni, tygodnie i miesiące bardzo rzadko zabierając się za cokolwiek, czego ukończenie sprawiłoby mi jakąś satysfakcję. W trakcie tych lat miałem poczucie tracenia czasu i choć z obecnej perspektywy nie myślę o nim aż tak negatywnie, jak wtedy – zbyt doceniam fakt posiadania rodziny¹ i to, co dała mi możliwość poświęcenia tylu tysięcy godzin na czytanie – to jednak nie mogę powiedzieć, że jestem zadowolony z siebie w tamtym okresie.

Tak czy inaczej przez najbliższą dekadę albo dwie dylematy posiadania nadwyżek czasu wolnego będą mi obce. I, na co liczyłem, jest to bardzo przydatne doświadczenie.

Jeśli maksimum na co mogę liczyć to parę godzin w nocy, gdy dziecko już śpi, nie robię akurat czegoś z żoną², nie załatwiam jakichś ważnych spraw ani nie jestem na treningu, to zaczyna mi bardzo zależeć na spędzeniu ich na czymś, co ma chociaż minimalną szansę być dla mnie satysfakcjonujące. Poradzenie sobie z prokrastynacją stało się zdecydowanie prostsze – to, że nie mam na robienie czegoś ochoty przestało być wystarczającą wymówką. Od paru miesięcy próby spędzania zbyt dużej ilości tego cennego czasu na czytaniu za długich tekstów o sprawach skądinąd interesujących (reddit), acz niespecjalnie mnie dotyczących, stały się trudne. Co chwilę zerkam wtedy na zegarek, na zbyt szybko uciekające minuty i głosik z tyłu czaszki cały czas wrzeszczy na mnie, żebym przestał się obijać, a jeśli rzeczywiście tak bardzo mam ochotę czytać, to lepiej bym się zabrał za dokończenie jakiejś książki.

No i to działa, jak nie działało wcześniej nic innego. Nie wiem co zdecyduję zrobić następnego i jak długo mi to zajmie³, ale po tym miesiącu jestem zdecydowanie pewniejszy, że mi się uda.

Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej miał takie poczucie.⁴

P.S.
Bardzo istotne było też zapewnienie sobie odpowiednich narzędzi. Zakupiony niedawno netbook Lenovo A10 umożliwił mi pisanie w momentach, w których wcześniej nie byłem tego w stanie robić.⁵ Np. ten tekst powstał w trakcie usypiania syna, który leży sobie teraz cicho w swoim łóżeczku, podczas gdy ja siedzę obok na fotelu i klepię kolejne akapity w androidowym Vim Touch.

Ale o mojej nowej zabawce napiszę kiedy indziej.

¹ Żonę poznałem w trakcie studiów.
² Np. oglądam ostatni odcinek The Good Wife. Wiecie który, ten odcinek.
³ Cały miesiąc to za długo, już mam po dziurki w nosie tego klepania. Dwa tygodnie wydają się zdecydowanie przyjemniejszą ilością czasu na ukończenie czegoś.
⁴ Co może o niczym nie świadczyć. Moja pamięć do własnego życia jest bezużyteczna jak coś skrajnie bezużytecznego.
⁵ Mój laptop to stare, grzejące się i zdecydowanie zbyt głośno wyjące pudło, którego regularnie używam do pracy poza domem, ale potrzebuję wtedy jakiegoś stołu i fotela. Oczywiście ultrabook byłby miły, ale moja potrzeba posiadania przenośnej maszyny do pisania nie uzasadnia takiego wydatku. Plus na ultrabooku da się wygodnie przeglądać reddita, a chodziło o to, by tego nie robić.




Guanogeneza (BM 12/15)

Tue, 25 Mar 2014 23:34:03 +0100

Prawie wszyscy słyszeli, że ilość to nie jakość. Niekoniecznie są w stanie zawsze tę wiedzę zaaplikować – np. często nie rozróżniają pięcioletniego doświadczenia od rocznego powtórzonego pięć razy – ale chociaż trochę kojarzą temat.

Ale to tylko część historii, która w oderwaniu od całości, prowadzi na manowce.

Przywilejem młodości jest brak samokrytycyzmu. Jakiekolwiek kreatywne impulsy się wtedy ma, można je realizować z wypiekami na twarzy, bo ani nie brakuje czasu, ani nie przeszkadza jeszcze świadomość własnego braku umiejętności.

Z biegiem lat można wpaść w jedną z dwóch pułapek. Pierwszą, o której wiedzą praktycznie wszyscy, jest pułapka miernoty – osiąga się pewien pułap umiejętności i z różnych powodów nie potrafi go przeskoczyć. Niektórzy zwyczajnie nie widzą, czego im jeszcze brakuje (brak samokrytycyzmu), innym wystarcza to, co mają i nie odczuwają potrzeby starania się o więcej. Tych drugich rozumiem i trochę zazdroszczę – przyjemnie jest mieć coś, co się lubi robić regularnie i to wystarcza.

Ci pierwsi to uosobienie frazy „ilość nie znaczy jakość”.

Druga pułapka jest wypełniona frustracją, a często wpadają w nią ci, którzy którzy chcieliby się rozwijać, tylko nie potrafią. Powodów takiej niemocy może być wiele, ale tutaj skupię się tylko na jednej – porzuceniu ilości.

Jeśli ktoś lubi jakieś treści, regularnie się w nie zanurza, to w naturalny sposób wyrabia sobie coraz lepszy gust. Coraz lepiej wie co go kręci, coraz mniejsze uchybienia jakości jest w stanie przeoczyć¹. I może kiedyś przychodzi ten moment, że sam postanawia spróbować swoich sił w dziedzinie, która tak go fascynuje.

Siada. Tworzy. Klnie na czym żywy świat stoi.

Gust wytrenowany przez wiele lat na najlepszych utworach, jakie świat ma do zaoferowania natrafia na dzieło zupełnie niewprawne, toporne. Kawałek mózgu potrafiący dostrzec jakość nie jest tym, który potrafi jakość stworzyć.

I tu właśnie ukryta jest druga pułapka, gdy próbuje się zadekretować wyższą jakość – od tej pory będę tworzył wolniej, z większym rozmysłem, więcej czasu poświęcając na analizę powstającego dzieła, żeby było lepsze.

Chcenie jakości jej nie powoduje. Ani myślenie o niej, ani nawet czytanie.

Obejście tej pułapki jest koncepcyjnie bardzo proste, ale emocjonalnie bardzo nieprzyjemne – trzeba tak długo produkować łajno, aż powoli przestanie śmierdzieć, a jak już większa jego część będzie miała w miarę neutralny zapach, to czasami spod sterty może nam się wyłonić jakiś niewielki, atrakcyjny wizualnie i olfaktorycznie przebistolec.²

Bo nie ma jakości bez ilości.

Stąd pomysł poświęcenia całego miesiąca blogowaniu. Pewnie te kilka tygodni intensywnego pisania zrobi więcej dla moich umiejętności sprawnego klecenia zdań, niż ostatnie pięć lat sadzenia wielostronicowych klocków raz na dwa miesiące. Spędzanie niezliczonej ilości godzin na polerowaniu tychże miało swoje uroki, ale to co robię teraz jest chyba bardziej satysfakcjonujące.

Tylko z jednym mam problem – ustaleniem kierunku marszu i granicy, jaką jestem zainteresowany. Bardzo lubię dobre książki, ale nie planuję być zawodowym pisarzem. Bardzo lubię dobre seriale, ale nie planuję ani pisać scenariuszy, ani próbować swoich sił w jakimkolwiek aktorstwie.

Słowami Susan Wolf: „sens [jakiejś czynności] ukazuje się gdy subiektywy urok napotyka obiektywną atrakcyjność”. Sam urok jest przyjemny, ale zawsze chciałoby się czegoś więcej.

¹ Rousseau uważał tę potrzebę intensywnych, sztucznych i skomplikowanych rozrywek za dowód na wynaturzenie gatunku. Nasza zdolność odczuwania przyjemności uległa przytępieniu.
² Oczywiście czytać i myśleć też należy, ale w kontrolowanych ilościach w przerwach między guanogenezą, a nie zamiast.




Zalety Judo vs BJJ (dla grubych) (BM 11/15)

Sun, 23 Mar 2014 22:05:55 +0100

O tym jaką różnicę dla osoby bardzo nie w formie robi trenowanie na grupie dla seniorów wspominałem poprzednim razem. Po paru miesiącach treningów robię znacznie więcej pompek, niż na początku¹, ale nadal znacznie mniej, niż większość grupy. Gdybym nie miał jak trenować we własnym tempie, nie miałbym jak trenować w ogóle. Druga zaleta to doświadczony trener. Wielokrotnie w ostatnich miesiącach podczas treningów doprowadzałem się do takiego stanu, że byłem wręcz siny² i miałem pewne problemy z utrzymaniem pionu. Kończyło się to siedzeniem gdzieś pod ścianą przez pozostałe pół treningu i dochodzeniem do siebie, a trener mnie co jakiś czas z powrotem usadzał, gdy przychodziło mi do głowy próbować dalej ćwiczyć. Efekt był zaskakująco dobry, do domu wracałem najwyżej z lekkim bólem głowy. Podejrzewam że żaden z trenerów BJJ z jakimi miałem do czynienia nie miał wystarczająco szerokiego doświadczenia, żeby analogicznie reagować (a jaki by powód nie był, żaden w ten sposób nie reagował; wręcz na odwrót). No i punkt ostatni – dostępne techniki. Jako że moja grupa nie jest turniejowa, to nie ma presji, żeby się skupiać na tym, co akurat jest najbardziej przydatne na zawodach, więc jeśli ktoś woli głównie walkę w parterze³, to czemu nie. Przy czym dla ludzi, którzy kondycyjnie nie wytrzymują za dużo parteru (jak ja jeszcze przez czas jakiś), zawsze może trenować to z czym Judo jest najbardziej kojarzone, czyli rzuty. Mają one to do siebie, że jakkolwiek też męczące, to nie dają możliwości migrenogenerującego spinania się przez kilkadziesiąt sekund bez przerwy, tak jak walka w parterze. Niestety są potencjalnie mocno kontuzyjne, o czym się niestety przekonałem (i co mnie kosztowało bodajże dwa i pół treningu), acz po paru treningach, gdy udało mi się już zdławić odruch bronienia się przed przewróceniem (co było trudne, zwłaszcza że przez parę lat BJJ próbowałem ten odruch w sobie wyuczyć), to coś poważniejszego niż lekkie obicie sobie klejnotów rodowych staje się zdecydowanie mniej prawdopodobne. A jak już się człowiek nie boi i nie próbuje bronić, to takie przefrunięcie głową w dół na materac staje się całkiem relaksujące. Na ostatnim treningu już mi się udało co nieco widzieć w trakcie „lotu”. Nie wiem, czy już permanentnie zostanę z Judo, czy może wrócę kiedyś do BJJ. Na razie to nie problem, bo to pierwsze mam 5 minut samochodem od domu, a to drugie dzielnicę obok. Plus jeszcze gdzieś tak z pół roku nie będę miał kondycji, żeby pójść na normalny trening BJJ, acz pod koniec roku pewnie parę razy się wybiorę, choćby ze względów sentymentalnych i żeby sobie przypomnieć na ile to było przyjemne, jak człowiek nie umierał po pięciu minutach z wycieńczenia. Później kto wie, może będę rotował parę miesięcy tego, parę tamtego. W rekreacyjnym uprawianiu sportu urozmaicenie jest istotne, o czym się przekonałem po trzech latach BJJ, gdy czwarty wydawał mi się już daleko mniej atrakcyjne, niż pierwsze dwa (i niż spędzanie czasu z przyszłą żoną, bo to się akurat zbiegło w czasie :). Tak czy siak, fajnie jest znowu coś trenować, nawet jeśli jestem już w takim wieku, że przy raptem dwóch treningach tygodniowo udało mi się do tej pory chyba tak z połowę opuścić, bo a to kontuzja, a to trza gdzieś pojechać, a to akurat chory jestem.⁴ Byle nie odpuszczać, bo jednak stan układu krążenia jest bardzo silnym predyktorem długości (i na starość – jakości) życia, zwłaszcza jak się ma, jak ja, naturalnie wysokie ciśnienie. ¹ Z wyłączeniem pierwszego treningu, który akurat był na wytrzymałość, a ja postanowiłem pochojrakować. Pierwszy raz w życiu się tak mocno przetrenowałem, że nie mogłem przez parę dni rąk zginać w łokciach, bo mięśnie odmawiały jakiegokolwiek posłuszeństwa. Od tego czasu zwi[...]



BJJ dla grubych – alternatywa (BM 10/15)

Sat, 22 Mar 2014 20:16:06 +0100

Trzy lata brazylijskiego jiu-jitsu w trakcie studiów przyzwyczaiły mnie do pewnego poziomu sprawności fizycznej. W trakcie rozgrzewki się rozgrzewałem, gdy trenowaliśmy techniki, to trenowałem techniki, a gdy były walki sparingowe, to próbowałem urwać przeciwnikowi głowę (a on mi). Parę lat i 25+ kg więcej, już w Warszawie, spróbowałem do treningów wrócić. Trzykrotnie, za każdym razem z lepszym planem działania, ale za każdym razem nieudanie. Po ostatniej próbie doszedłem do wniosku, że o ile najpierw nie schudnę minimum 15 kg, to powinienem sobie dalsze próby darować. Jest to wniosek w pewien sposób absurdalny, żeby nie wykorzystywać sportu do zbudowania lepszej kondycji fizycznej, tylko brak tejże traktować jako barierę nie do przejścia powstrzymującą przed sportem.¹ Niestety akurat w przypadku BJJ był on uprawniony, acz dopiero od paru miesięcy, odkąd zacząłem trenować Judo, w pełni zdaję sobie sprawę na czym polegał problem. Podstawowa różnica wynika ze skali. Judo to od pół wieku jest sport olimpijski, co się przekłada m.in. na ilość klubów, kwalifikacje kadry, ilość zawodników oraz, co okazało się kluczowe, ich rozstrzał wiekowy. Judo po prostu ma dużo grup dla seniorów², na warszawskim Ursynowie są przynajmniej dwie jak ostatnio patrzyłem. Przez porównanie – nie jestem pewien, czy w Polsce istnieje chociaż jedna grupa dla seniorów BJJ. To okazało się być drastyczną przewagą. Jeśli ma się zawodników o rozstrzale wiekowym 25-55 lat (i średnią pewnie 35), to treningi z założenia muszą być tak zrobione, żeby każdy mógł trenować w swoim tempie. Na BJJ nie było o tym mowy – trenowałem w trzech różnych klubach (w dwóch różnych miastach) i schemat treningów wszędzie był ten sam: najpierw bardzo ruchowa rozgrzewka z dużą ilością biegania, skakania, pompkowania i przewrotów, później ćwiczenie technik, a na koniec walki. Ja po paru minutach rozgrzewki miałem dość. A zostawała jeszcze reszta treningu. Każde intensywne niedotlenienie mózgu „zostaje” w organizmie i jest później odczuwalne jako ból głowy. Z moją nadwagą i całkowitym brakiem kondycji³, gdy po takim treningu doczołgałem się jakoś do domu, musiałem szybko łykać parę ibuprofenów, inaczej przez m.in. ból głowy nie byłbym w stanie zasnąć. Było to mocno niepraktyczne, gdyż trening oznaczał stracenie całego wieczoru, a nie tylko paru godzin, plus na dłuższą metę nie wydawało mi się specjalnie zdrowe. Dlatego moje ostatnie podejście do BJJ w Warszawie zrobiłem z głową, przez pierwsze kilka treningów rozgrzewkę robiłem w swoim tempie, po czym wychodziłem, nawet pomimo sugestii prowadzącego, żebym jednak został⁴. Dawało to niezłe efekty, po paru tygodniach czegoś takiego odzyskałem formę na tyle, że byłem w stanie przeżyć rozgrzewkę z jakimiś zapasami energii i bez zapowiedzi gigantycznej migreny. Ale to dużo nie dawało. Co z tego, że przetrwałem rozgrzewkę, jeśli reszta treningu polega na tym, że jakiś bardzo ciężki człowiek próbuje mnie m.in. udusić, a nawet jeśli nie próbuje, to już samym swoim ciężarem wymusza na mnie takie spinanie mięśni, że kończy się to migreną. A już wisienką na torcie były te okazje, gdy pół treningu było spędzone na wykonywaniu duszeń. No i zrezygnowałem po raz trzeci. Następne kilka miesięcy próbowałem dojść do pożądanej wagi, acz skończyło się to po jakichś pięciu kilogramach. Miałem niefortunne wrażenie, że na tym się moja kariera sportowa skończyła. Aż tej zimy⁵ wpadło mi do głowy Judo. I okazało się ono być strzałem w dziesiątkę. Ale o tym w następnym tekście. ¹ Rozważałem inne sporty, ale krótko. Jak się raz spróbowało urywania ludziom głów i łamania kończyn, trudno z entuzjazmem popatrzeć na coś innego. Trochę jak z PLD. :) ² Oczywiście wszyscy pam[...]



Zmniejszanie ciężaru (BM 9/15)

Tue, 18 Mar 2014 23:31:23 +0100

Rozumienie rzeczywistości w kategoriach przyczynowości jest w nas zakodowane na bardzo fundamentalnym poziomie. Już półroczne dzieci potrafią okazać zaskoczenie, jeśli ruch obiektów nie jest zgodny z ich przewidywaniami. To doszukiwanie się powodów, próby składania wydarzeń w dłuższe narracje, jest jednocześnie naszą największą zaletą i największym przekleństwem. Nie opanowalibyśmy mechanizmów rządzących światem w tak wielkim stopniu, gdyby nie ta chęć zrozumienia, okiełznania, znalezienia przyczyny (i zastosowania). Ale nie spędzalibyśmy też niezliczonych godzin na próbach wymyślenia rozwiązań dla problemów, które rozwiązania nie mają. A te istnieją i zapewne będą dla nas istnieć zawsze. Nasi przodkowie patrzyli w niebo nie rozumiejąc na co patrzą. Może na bogów? My popatrzyliśmy dokładniej, żadnych bogów nie znaleźliśmy, tylko nieskończoną, zimną i nieprzyjazną pustkę. Najbardziej irytuje mnie w tym wszystkim impotencja intelektu. Zawsze gdy dowiemy się czegoś nowego, pierwszą, instynktowną myślą jest „a dlaczego tak”, „jaki jest szerszy kontekst”; próbujemy użyć nowego elementu do zbudowania większej układanki. Tylko że ostatecznie jest to droga donikąd. Zadawać to pytanie można w nieskończoność, a jak się już wyczerpie możliwości nauki w kwestii odpowiadania na nie, to zostają tylko filozoficzne dywagacje co mogłoby być dalej. A te są szalenie niesatysfakcjonujące. W najlepszym wypadku można dostać posortowane możliwe rozwiązania z w miarę rozbudowaną analizą ich implikacji. Oczywiście wybrać żadnej opcji się specjalnie nie da, gdyby się dało ustalić tę właściwą, to by nie była filozofia, tylko nauka. To tak jak z religiami – właściwie na jakiej podstawie wybrać którąś? Gdyby któraś była weryfikowalnie „lepsza”¹ od pozostałych, to pewnie pozostałych by już nie było. Odpowiedź, jak to u nas ludzi zwykle bywa, sprowadza się do emocji i instynktów (system 1 według Kahnemana). Nie mogąc się podeprzeć obiektywną analizą, jedyne co zostaje, to sprawdzić które rozumowanie nam bardziej „pasuje”, wydaje się bliższe, bardziej zgodne z naszym charakterem. I tak oto niezliczone wieki (wannabe) intelektualnych analiz są przyjmowane lub odrzucane nie na podstawie jakiejś obiektywnej analizy przedstawionego rozumowania, tylko – jakież to dogłębnie ludzkie – na podstawie „zgodności z charakterem”, czy też niezliczonej ilości innych heurystyk, których ludzie nieświadomie używają do przyjmowania lub odrzucania poglądów. Krągłość naszej planety dało się jednoznacznie zweryfikować. W przypadku istnienia boga, albo tego jak w życiu znaleźć sens, nie ma takiej opcji. „Sens życia” to w ogóle jest mocno problematyczny termin. Bo tak naprawdę odwieczna chęć poszukiwania tegoż nie jest i nigdy nie była motywowana intelektem. Intelekt (system 2 według Kahnemana) to tylko nasze naturalne narzędzie do rozwiązywania nietrywialnych problemów, a „sens życia” to popularny zlepek słów, którego używamy na określenie tego co się dzieje, gdy ten nasz głęboko zakorzeniony instynkt przyczynowości próbuje przełknąć zbyt duże dla niego problemy. Wtedy, naturalnie, próbujemy zaprząc do problemu intelekt, ale tutaj intelekt niewiele może. Oczywiście zależy czyj. Wielu ludziom, zapewne większości, wystarczy tylko trochę wiedzy na takie egzystencjalne tematy, nie odczuwają potrzeby myślenia o nich, a nawet jeśli, to da się ich względnie łatwo zaspokoić którąś z dostępnych opcji (choćby religią). Gorzej mają ci, którym to nie daje spokoju, ale dla tych jest szansa, jeśli okaże się, że któraś z dostępnych filozoficznych opcji jakoś „zaskoczy” i wpasuje się w ich podświadome potrzeby i oczekiwania względem świata. Oczywiście można tu trafić lepiej [...]



Małe a cieszy (BM 8/15)

Fri, 14 Mar 2014 22:47:29 +0100

Na razie udało się ustalić dwa pewniki: przy odpowiednio skrupulatnej (pesymistycznej) analizie praktycznie wszystko jest bez sensu, a najbardziej oczywiste rozwiązanie, czyli samobójstwo, jest wystarczająco trudne, by sensownym było popatrzenie na alternatywy.¹ No to popatrzmy… Zacząć należy, w duchu pesymizmu, od uświadomienia sobie, że w pełni satysfakcjonujące rozwiązanie problemów egzystencjalnych po prostu nie istnieje. Teoretycznie by mogło, bo istnieją ludzie, którzy o takich sprawach myślą rzadko, albo wcale i na co dzień optymistycznie patrzą na świat, ale jeśli czytasz ten tekst, to najprawdopodobniej do nich nie należysz, a nie żyjemy w Matriksie, więc łyknięcie czerwonej pigułki nie jest opcją. Może kiedyś, wraz z rozwojem technologii, będzie, ale na razie można co najwyżej łykać antydepresanty i chodzić na psychoterapię. Na ile są to skuteczne rozwiązania nie wiem, żadnego nie próbowałem. Podstawą jest (niestety) nastawienie się na „proste przyjemności”. Życie owszem, czasami może zaoferować więcej, ale są to na tyle nieczęste, niepewne i niedługotrwałe wydarzenia, że spędzanie czasu tylko i wyłącznie na czekaniu na nie jest przepisem na mało przyjemną egzystencję.² Oczywiście można, wręcz należy próbować osiągać jakieś ambitniejsze cele (o czym następnym razem), ale po pierwsze, w międzyczasie też wypadałoby mieć co robić, a po drugie, jeśli się nie ma planu B, to można spędzić większą część życia na czekaniu na coś, co nigdy nie dojdzie do skutku. „Wszystko albo nic” to bardzo ryzykowny przepis na życie. Dla mnie punktem wyjścia w rozumieniu tych kwestii było przeczytanie „Człowieka w poszukiwaniu sensu” Viktora E. Frankla. Sporą część książki zajmuje opis pobytu autora w obozie koncentracyjnym i wniosków do jakich na tej podstawie doszedł na temat natury ludzkiej. Dlaczego się nie poddać i nie umrzeć? W tak skrajnych warunkach odpowiedź musi być prosta. Np. z ciekawości, żeby się dowiedzieć jak się to wszystko skończy. Albo z prostego uporu – bo Niemcy chcą cię zniszczyć, a ty się uprzesz, żeby jednak przeżyć. Nic specjalnie skomplikowanego. Mi od jakiegoś czasu chodzi po głowie, że sensowna rzeczywistość wirtualna w rozsądnej cenie nie jest już aż tak daleko. Kto wie, może na starość będę miał jeszcze okazję spróbować takiej wpinającej się bezpośrednio w układ nerwowy? Na Marsa raczej nie polecę, ale sensownej symulacji bym chętnie spróbował, więc warto dożyć. Mój syn ma już pół roku. Nie wiem co będzie za lat 25, może mu w życiu nie wyjdzie, nigdy nie ma na nic gwarancji. A może czas jaki poświęcimy z żoną przez najbliższe dwie dekady jednak spowoduje, że wyrośnie z niego kumaty facet i będę mógł z zainteresowaniem patrzeć na jego życie. Intryguje mnie jak to się wszystko potoczy. Przyjemna pogoda, spacer z żoną, dyskusja z żoną (temat dowolny), pies robiący coś śmiesznego, pies próbujący mnie polizać po nosie, śmiejący się bobas, pies próbujący ukradkiem polizać śmiejącego się bobasa, etc., etc. Małe codzienne rzeczy. O, albo pooglądanie czegoś dobrze napisanego (i zagranego). Dlaczego dr House w ostatnim odcinku jednak wstał i spróbował wyjść z płonącego budynku, zamiast poleżeć jeszcze trochę i poczekać na śmierć? Bo całe życie gardził tchórzami, więc jeśli rzeczywiście chciał się wcześniej wymeldować, to, w jego opinii, powinien to zrobić sam, własnymi rękami, a nie próbować skorzystać z okazji, że akurat wystarczyło się przez jakiś czas nie ruszać z miejsca i sprawa się sama rozwiąże. Pogarda jako motywacja do życia, nie pomyślałbym o tym. Nic z powyższej listy niestety nie daje pełnej odporności na egzystencjalne chandry. Acz te według mnie najlepiej trakto[...]



Najważniejsze pytanie (BM 7/15)

Tue, 11 Mar 2014 00:02:30 +0100

Bardzo praktycznym, acz nieoczywistym na pierwszy rzut oka efektem stosowania pesymizmu jako bazowej filozofii myślenia o otaczającej rzeczywistość jest duża pewność spójności zbudowanego na takiej bazie światopoglądu. Życie ludzkie jest wystarczająco długie, by w jego trakcie mieć wielokrotnie okazję zmienić poglądy na różne sprawy, dlatego istotnym dla mnie było znalezienie takiej optyki, której nie będę zmuszony wywracać na drugą stronę za dekadę albo dwie. Acz zanim rozwinę myśl, szybka definicja, żeby nie było wątpliwości o czym piszę, gdy piszę o pesymizmie. Dla mnie pesymizm filozoficzny to takie podejście do rzeczywistości, w którym zakłada się, że niepożądane rezultaty są znacznie bardziej prawdopodobne¹, niż pożądane, a co za tym idzie, o ile nie ma się solidnych podstaw by sądzić, że w danym przypadku pożądany rezultat jest prawdopodobny, należy założyć, że sprawy pójdą przynajmniej częściowo nie po naszej myśli. W szczególności nie oznacza to zakładania, że wszystko zawsze będzie szło nie po naszej myśli, bo to jest raczej debilizm, niż pesymizm. (I przy okazji solidna przesłanka za pójściem do specjalisty i sprawdzeniem, czy się aby nie ma depresji.) Główny problem z pesymizmem jest taki, że jak już się go odpowiednio sumiennie zastosuje do wszystkich istotnych problemów, to bardzo niewiele zostaje. Czy będę żył wiecznie? Oczywiście nie. Czy da się coś z tym zrobić? Nie. Czy moje życie jest podporządkowane jakiemuś Planowi? Nie, możesz takich Planów znaleźć sporo, ale każdy jest podważalny, więc jeśli potrzebujesz, żeby któryś był obiektywnie lepszy/bardziej prawdziwy od wszystkich pozostałych, to masz pecha. Czy mogę się poświęcić czemuś większemu niż ja sam, np. rozwojowi gatunku. Oczywiście. Czy efekty moich działań będą rzeczywiście duże? Bardzo wątpliwe. Czy za istnieniem mojego gatunku istnieje jakiś zamysł, czy jesteśmy po coś? Pewnie nie. Czy możemy kiedyś po prostu wyginąć wraz z jakimikolwiek efektami naszego istnienia? Owszem. Etc., etc. Najprostszym nasuwającym się przy takiej postawie wnioskiem jest, że w takim razie po co robić cokolwiek, skoro szanse sukcesu są prawie żadne, a nawet jeśli się zostanie nie wiadomo jak wpływowym człowiekiem (w dowolnej dziedzinie, która nas interesuje), to równie dobrze może nas za 200 lat rąbnąć meteor i wszystko zniszczyć, albo za 100 lat może upaść nasza cywilizacja, jak kiedyś upadł starożytny Rzym. A w ogóle, to i tak tego nie dożyjemy, więc tym bardziej co nas obchodzi los wszechświata.² Po nas choćby potop! Na pewnym poziomie racja, w „Micie Syzyfa” Camus napisał, że jedynym istotnym pytaniem filozoficznym jest czy nie należałoby może popełnić samobójstwa. Z samobójstwem jest jednak ten „problem”, że to jest proces, a nie decyzja. Ludzie są już tak zaprogramowani, że nie mogą sobie po prostu świadomie zdecydować o strzeleniu w łeb, po czym zamysłu wykonać, tylko najpierw musi zostać uruchomiony długotrwały proces izolowania się od świata i dławienia silnego instynktu przetrwania. A na koniec decyzja i tak może być „błędna”, co dosyć nieprzyjemnie uświadamiają te słowa skoczka, który przeżył próbę:³ O jednym nie mogę przestać myśleć. Patrzyłem na moje ręce puszczające poręczy i myślałem sobie, mój Boże, co ja właśnie zrobiłem? Wiem że prawie wszyscy, którzy skoczyli z tego mostu [Golden Gate], pomyśleli sobie w tamtej chwili dokładnie to samo. Nagle nie chcieli umierać, ale było już za późno. Gdyby samobójstwo było łatwe, żyli byśmy w zupełnie innym świecie. Ale nie jest, jest trudne, męczące, czasochłonne. Trzeba się przy nim „narobić”, a w ostatnim momencie i tak jest spora szansa, że się z [...]



Oda do fachidiotów (BM 6/15)

Sat, 08 Mar 2014 22:50:51 +0100

Ciekawym czy dożyję czasów, w których obowiązkowym, hojnie zaopatrzonym w godziny lekcyjne przedmiotem szkolnym będzie wiedza o i praktyczne ćwiczenia z „bycia człowiekiem”. Wiemy już naprawdę sporo o funkcjonowaniu mózgu, o tym jak człowiek myśli, jak analizuje, jak reaguje, czy też jakie ma emocje, ale cały czas zbiorowo zakładamy, że ludziom powinna w tym zakresie wystarczyć wiedza, którą przyswoją przez osmozę ze środowiska plus garść własnych przemyśleń. Jakież to jest nieoptymalne. Ja rozumiem, że edukacja szkolna, choćby nie wiem jak dobra, nie jest w stanie w zbyt dużym stopniu skontrować wzorców wynoszonych z domu, ale według mnie to nie jest powód, by nie próbować. Choć z historycznego punktu widzenia obecne populacje żyjące w krajach rozwiniętych są wręcz niesamowicie wysoko wyedukowane, doinformowane, dożywione i ogólnie „ucywilizowane” w stosunku do niewyedukowanych i niedożywionych tłuków, jacy stanowili przytłaczającą większość naszych przodków, to jednak nadal istnieje tu gigantyczne pole do usprawnień. Sądzę że jako gatunek jesteśmy jeszcze bardzo daleko w zakresie intelektualnym od poprzeczki, jaką ustawiają nam nasze geny (i to nawet jeśli popatrzeć tylko na najbardziej rozwinięte społeczeństwa). Owszem, dzięki zdobyczom cywilizacyjnym¹ (coraz większa) część ludzi jest w stanie zbliżyć się do granic swoich możliwości, ale to nadal za mało. Niektórzy po prostu są z inteligenckich domów, więc od kołyski przesiąkają m.in. tą wiedzą. Inni trafią za młodu na fenomenalnych mentorów. Jeszcze inni będą mieli (zapewne w sporej części genetyczną) naturę szukacza i będzie ich męczyło to, czego nie wiedzą, więc koniec końców będą próbowali się dowiedzieć. Mam wrażenie, że najlepiej mają ci pierwsi, ale to może wynikać z moich osobistych uprzedzeń – drażni mnie ile lat dorosłości zajęło mi szukanie odpowiedzi na pewne istotne dla mnie pytania oraz nabywanie kluczowych umiejętności. Mam nadzieję, że swojemu synowi (plus ewentualnym kolejnym dzieciom :) będę w stanie przekazać za młodu większą porcję wiedzy, niż przekazano mi, a w konsekwencji jego start w dorosłość będzie łatwiejszy i bardziej owocny w sukcesy.² O mentorach naczytałem się w swoim życiu sporo, o tym jak są istotni, jak wiele wnoszą, ale nie wiadomo mi o żadnej takiej relacji w moim otoczeniu, więc podchodzę do tej koncepcji sceptycznie. W teorii – jak najbardziej może działać. W praktyce o ile nie ma jakiejś struktury organizującej mentorów młodzikom ich potrzebującym, to można to traktować jako strategię edukacyjną tak samo, jak wygranie w totka jako strategię zawodową. Ostatnia opcja mnie bardzo gryzie. Do niedawna na jakimś poziomie zakładałem, że inteligencja umożliwia wyciągnięcie samego siebie za uszy z dowolnych tarapatów. Inteligencja to m.in. głód wiedzy, głód wiedzy należy zaspokajać, a jak się go zaspokoi wiedzą wysokiej jakości (np. na temat tego jak funkcjonuje ludzki mózg, w tym emocje), no to się prędzej czy później dowolny problem rozwiąże. Są to oczywiście naiwne brednie. Niby miałem tego świadomość, ale od świadomości jeszcze spora droga do zinternalizowania. Pierwszym krokiem był los cesarza Valeriusa II, który ten błąd rozumowania przypłacił życiem.³ Następne dwa to spotkanych dwóch ludzi o (zweryfikowanym) bardzo wysokim IQ i sporej wiedzy specjalistycznej, jednocześnie tak przyblokowanych przez brak rozumienia własnych (i przy okazji czyichkolwiek innych) emocji, że efektywnie obaj byli debilami w jakiejkolwiek dziedzinie życia i wiedzy poza swoimi wąskim specjalizacjami (niem. fachidiot). Wysoka jakość rozumowania ma trzy wymogi. Pierwszym jest wiedza, bo trudno o czym[...]