Subscribe: neurocide
http://neurocideshow.blogspot.com/feeds/posts/default
Added By: Feedage Forager Feedage Grade B rated
Language: Polish
Tags:
czy  jak  jednak  jest  który  mnie  nie  oraz  się  sobie    tak  tam  tego  ten  tym  więcej  że   
Rate this Feed
Rate this feedRate this feedRate this feedRate this feedRate this feed
Rate this feed 1 starRate this feed 2 starRate this feed 3 starRate this feed 4 starRate this feed 5 star

Comments (0)

Feed Details and Statistics Feed Statistics
Preview: neurocide

neurocide





Updated: 2017-10-23T22:08:40.864+02:00

 



Dziki zwierz na mieście

2013-04-08T18:19:08.419+02:00

Stoję na balkonie późnym wieczorem. Wszędzie śnieg, więc koty wolą spacerować środkiem bocznej uliczki. Zawsze je wabię udając ptaka puszczono. Kot zamiera rozgląda się, po czym rusza. Znów udaję ptaka. Znów zamiera. Tym razem było inaczej. Zdziwił mnie ten kocur. Jakiś taki nieforemny z ogonem nastroszonym, grubym jak rura odkurzacz. Zagrajam, wabię jak zwykle. Ten zamiera. Kot myślę. Wabię jak zwykle, a ten strzeże małymi uszkami. Zbyt małymi. Ponownym i nagle szok.

Kreatura jak nie kot, hop hop i wskazuje na płot, a potem sus w choinki. Cisza. Ponawiam moje ćwierkanie. A ten zwierz wypada z krzaka, i zmianie ląduje się na drewniana konstrukcję po której latem pną się pnoącza zieleniny. W sekundę jest niemal na drugiej kondygnacji. Jestem przerażony jest dwa metry od balkonu. Przeżyłem bo ten nocny łowca nie zdecydował się na skok w ciemność. Ćwierkanie dalej, a ten się nie poddaje.

Wskakuje na jabłonkę. I wbija na najwyzszą gałąź. Stamtąd ma już znacznie bliżej. Jakiś metr pięćdziesiąt. Wychyla się, wyciąga szyję, niucha, patrzy niecierpliwa, gotuje się do skoku. Zmienia gałąź, nabiera rozpędu, tempa i już ma się odbić, już ogon gotowy, już łapki wyciągnięte, lecz odpuszcza w ostatniej chwili. Jeszcze chce spróbować lecz krżąda się po tych gałęziach, pełna nieodpartej chęci wskoczenia na balkon. Niemoc bierze górę, a zwierzak zwinnym susem skacze w śnieg i pryska w tuje.

Widziałem już stada jeży, jastrzębia, rodzinę dzików, zające, lisa, a nawet sporą gromadę saren biegającą po osiedlu. Mieszkałem wówczas na obrzeżu lasów kobiórskich, czyli blisko siedlisk i naturalnych płuc Śląska. Sytuacja z kuną jest o tyle tajemnicza, że mieszkam teraz po drugiej stronie miasta, w najstarszej jego części. Choć miejscami zabudowa typowa dla przedmieść,  to jednak nikt tu kur, ani trzody nie trzyma, a do lasu spory kawałek. Kuna jednak z tego co wyczytałem na wikipedii penetruje już o wiele bardziej zagospodarowane tereny niż tylko przedmieścia. Nie dziwię się. To krótkie spotkanie pozwoliło mi się przekonać, że zwinnością przebija kota, jest ciewska jak szczur i beztroska niczym pies. Uważajcie więc na kunę mieszczuchy, uważajcie bo nieustraszony to i zuchwały zwierz.




Jak publikować na blogu z telefonu? Poradnik.

2013-04-06T19:14:40.809+02:00

Też miałem z tym problem. Szukałem prostej platformy moblogowej, na szczęście nie było to specjalnie potrzebne (inna sprawa, że nie znalazłem niczego sensownego). Rozwiązanie jest ekstremalnie proste, wystarczy wejść do sklepu GooglePlay i wpisać w wyszukiwarkę Blogger. Potem ściągnąć apke z googla, zarejestrować konto, ew. dodać już posiadane i gra.

Mamy dostęp do podstawowych funkcji. Blokowanie i pochylenia tekstu. Możliwość dodania obrazka, ale także zdjęcia w locie, dalej można też sobie dodać taki i w zasadzie gotowe.

Dla takich osób jak ją które mają dużo czasu na takie zabawy w komunikacji miejskiej rozwiązanie jest jak znalazł, bo działa też w wersji offiline.




Dlaczego (podręczniki są takie ładne)?

2011-12-22T14:14:39.180+01:00

Zapytał Sil ostatnio na polterblogu – dlaczego gry muszą być takie ładne? Blogerowi nie podobało się takie podejście, jak słusznie zauważył, kolorowy, wypasiony podręcznik jest drogi. Tknęło mnie to do kilku przemyśleń na temat rynku gier fabularnych, rynku który do pewnego stopnia znam od drugiej strony.Tu z góry przepraszam cię czytelniku, lecz będę pisał do ciebie, jak do kogoś, kto widząc, że na polskim rynku dominuje żałosne B5, chce pokazać wszystkim jak się robi biznes w A4. Prawdę powiedziawszy, możesz skończyć marketing i zarządzanie, zrobić fakultet z ekonomii, a potem pełen wiedzy i optymizmu wejść na nasz wąski rynek wydawniczy i z całym tym bagażem rozpierdolić się niczym wrona o pleksiglas. Wierz mi, cała mądra teoria dotycząca prezentacji i sprzedaży produktów, a także wpływania na klienta zawiedzie cię sromotnie. Dlaczego? Dlatego, że ten rynek nie działa tak jak każdy rynek, o którym uczą cię na akademiach ekonomicznych. A co tam możesz usłyszeć? Np. że klient jest wstanie zapłacić więcej, za produkt wyższej jakości, że wysoka jakość produktów wpływa na postrzeganie marki jako solidnej i zajebistej. Dzięki temu, możesz sprzedać mniejszy wolumen, lecz zarobić na nim więcej. Pomimo tego, że koszt produkcji będzie znacznie większy – bo jakość w produkcji kosztuje. Rozumiesz, na tym polega strategia Mercedesów branży. Sprzedajesz mniej niż VW, ale zarabiasz tyle samo, albo nawet więcej. I widzisz, sprawdza się to niemal w każdej branży, co więcej sprawdza się to nawet w naszej, tyle że dotyczy jednej, może dwóch firm i to nie w Polsce lecz za oceanem. I wierz mi, możesz mieć doktorat z ekonomii, możesz być pieprzonym profesorem zwyczajnym, i jeśli zawierzysz tej strategii to zdechniesz. U nas nie przejdzie, jeśli chcesz możesz spróbować kopać się z koniem – tylko pamiętaj, nie bierz kredytu. Nie wierz deklaracjom potencjalnego klienta. Większość erpegowców powie ci, że chciałby mieć na półce świetnie wyglądający podręcznik – najlepiej gruby, kolorowy, w twardej oprawie i formacie A4. Każda kolorowa ilustracja kosztuje znacznie więcej niż czarno-biała. Każda strona w pełnym kolorze, kosztuje znacznie więcej niż w czerni i bieli. Każda strona błyszczącego grubego papieru kredowego kosztuje znacznie więcej niż offset. Każda strona formatu A4 kosztuje więcej niż B5. Twarda oprawa, kosztuje więcej niż miękka. Szycie kosztuje więcej niż klejenie. Wszystko to razem wzięte do kupy oznacza, że musisz władować gruby szmal w produkcję podręcznika. Tu wróćmy do drugiego zdania tego akapitu – prawie każdy erpegowiec powie ci, że chciałby mieć twój produkt na półce, też ci to powiem. Mówiłem to nie raz. Deklarować jest jednak bardzo łatwo, bo nie wiąże cię to żadną umową – nikt cię nie może zmusić do wydanie pieniędzy.Powiedzmy jednak, że jesteś uparty, że masz odłożoną kasę i napisany podręcznik, oraz co jest ewenementem gotowe dwa dodatki, bo jesteś kumaty na tyle, że wiesz, iż bez dodatków nigdy nie zrobisz dodruku podręcznika głównego. Tu warto wspomnieć, że już na tym etapie jesteś w lepszej sytuacji, niż wszyscy twardziele, którzy do tej pory rzucali się z motyką na słońce wydając Robotonarchie czy inne Światy Egzaltacji. Oni na dzień dobry byli już w dupie – mam nadzieję, że nie na kredyt.Dobra wydajesz drogi, ale zajebistej jakości podręcznik – kreda, błyski, full kolory, hardcovery i 300 stron. Kosztowało cię to tyle ile nowy, niezbyt duży samochód. Może nawet wyżebrałeś w drukarni dobry termin płatności za usługę – tak na wszelki wypadek. Myślisz, że masz w łapach skarb i że w pół roku sprzedasz wszystko. Wszystko czyli 1000 egzemplarzy. Ustalasz cenę na 120 zyli. W pierwszym miesiącu idzie zajebiście, w drugim słabiej, w trzecim jeszcze słabiej itd. Klienci czekają na dodatek. Ustawiłeś sobie poprzeczkę wysoko,[...]



Pyszny smalec domowy

2011-11-27T14:50:52.429+01:00

Dopiero co polecałem warty kupna Smalec Staropolski. Wrzuciłem link do artykułu na serwis Poltergeist licząc na odzew załogi. Nie myliłem się. Dlatego też dziś polecam bardzo fajny przepis na domowy smalec, który zaproponował Inkwizytor - warto dodać, że Ink jest dobrze znanym fanem klimatów staropolskich, więc jako tako ma wyrobiony smak - zresztą nie tylko kulinarny. Chcecie przepisu: Smalec wg. Inkwizytora.



Smalec Staropolski - Spichlerz Rusiecki

2011-11-18T19:45:56.599+01:00


Najlepszy smalec zawsze robi babcia – to prawda znana od pokoleń, z drobnymi wyjątkami może. Przygotowując się do zimy warto zadbać o to, aby uzupełnić nieco warstewką tłuszczu, który i tak później spalimy jeżdżąc na nartach, sankach czy po prostu nacierając dziewuchy śniegiem.

Jako, że babcia nie zawsze bywa pod ręką, nie zawsze też ma w zanadrzu słoik smalcu, zostają nam dwie opcje. Albo obchodzimy się ze smakiem, albo ryzykujemy zakup gotowca w sklepie.

Jeszcze parę lat temu nie zaryzykowałbym – nauczony doświadczeniem – tzw. kupnego smalcu a'la domowy, jednakoż którejś październikowej soboty natknąłem się na zakupach, na produkt o nazwie Smalec Staropolski (z nowego brandu zdaje się firmy Pamapol o nazwie Spichlerz Rusiecki), kosztujący nico ponad 4 złote za słoiczek. Nabyłem i muszę przyznać, że byłem z niego dosyć zadowolony.

Do jego zalet należy zaliczyć dobrze dobraną proporcję tłuszczu (czyli tego białego), do skwarek. Mniej więcej 1 do 1. Przyjemny smak obu składników. Smalec był też posolony, więc nie trzeba było dodatkowo używać soli. To co odróżnia Smalec Staropolski ze Spichlerza Rusieckiego od domowego (tego, który ja znam), to przede wszystkim konsystencja tłuszczu, który nie twardniał zanadto w lodówce, co sprawiało wrażenie, jakby był nieco napompowany powietrzem. To chyba jedyny mankament. Polecam.

Nie polecam natomiast Smalcu z cebulką i Boczkiem z serii Nasze Smaki (Biedronka). Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował tańszej alternatywy – czasem można znaleźć perełkę. Jak się domyślacie, nie tym razem. Nie powiem, w smaku lepsze toto niż smalce produkowane 10 lat temu, ale do Rusieckiego, a tym bardziej domowego się nie umywa. Fatalne proporcje – tak na oko 1 do 8, nakazywały pewną podejrzliwość. Czy duża liczba zawartości skwarkowej to nie aby jakiś chwyt? Oczywiście – to co powinno być skwarkami z cebulką, było czymś mielonym, co nie stawiało specjalnego oporu zębom. Cebulki to chyba nie widziało, choć zaraz zaraz, przypominam sobie jakąś gorzkawą nutę – prawdopodobnie trafiło tam troszkę przypalonej. Jak widać, na smacznym smalcu oszczędzić się nie da. Nie polecam. 

Po raz kolejny ameryki nie odkrywam – domowe lepsze od kupnego, lecz tym razem przewaga jest niewielka, a jako że samodzielny wyrób smalcu, zabiera czas i wydzielają się przy nim łatwo osadzające się i wytrzymałe na wietrzenie zapachy, produkt o nazwie Smalec Staropolski (Spichlerz Rusiecki) okazuje się być wart swojej ceny. Serdecznie polecam.



Biwakowanie w Bieszczadach: kąpiel

2011-08-27T13:29:23.698+02:00

(image)
Zdjęcie pochodzi z:
www.twojebieszczady.pl
Jest upał. Sierpień tego roku jest bardzo gorący. Miałem szczęście. W bezwładzie biurokracji ustalono, że będę spędzać urlop w tym właśnie miesiącu. Zbieg okoliczności. Właśnie wróciłem z Bieszczad, próbuję się odnaleźć w blokowisku. Jeszcze mieszkam na ostatnim piętrze, nade mną tylko rozpalony dach. Mój sześcian z 4 stron wystawiony jest na działanie promieni słonecznych. Duszno. Po prostu duszno. Za chwile wyjeżdżam odwiedzić znajomych, mieszkających kilkanaście kilometrów stąd. Warto wziąć kąpiel. Wstawiam kawę i wskakuję do wanny.

Strumień wody z prysznica uderza w pierś, lecz jest gorzej niż przed chwilą. Rzucam go na stopy, zmieniam ustawienie temperatury. O tak, cała w zimną. I tak jak w Bieszczadach, kiedy wchodziłem do rzeki przeszywa mnie ożywczy dreszcz. I dalej na kolona, tyłek, klatę i kark. I cały jestem szczęśliwy.

Trochę chce mi się z siebie śmiać. Roztkliwiam się nad tymi Bieszczadami. A przecież gówno prawda, że góry zmieniają i Bieszczady nie są tu wyjątkiem. To raczej warunki pola namiotowego, które przypomina obóz dla uchodźców oraz prosty cykl dobowy, który owe warunki wymuszają. Dzięki temu wszystko zwalnia, a czas puchnie. Nie wiesz co się dzieje na świecie, zanucona rankiem piosenka snuje się po głowie przez cały dzień, wiesz, że trzeba zorganizować drzewo na ognisko, trzeba przygotować szczapki na rozpałkę, trzeba się umyć zanim zajdzie słońce. Najlepiej w rzece, bo mądrala próbował ucywilizować prysznic – wybudował domek, który opanował grzyb. Zresztą woda tak samo zimna, wolisz dostać lodowatą cegłą w łeb, czy też powoli oswajać go od stóp? Dla facetów wybór prosty, dziewczęta wolą zagrzybioną chatkę.

Siedząc dziś w wannie moczyłem dupę w lodowatej wodzie. Gdyby nie biwak w Bieszczadach nigdy bym się na to nie odważył. Po prostu się przyzwyczaiłem. Ten dreszcz, który za pierwszym razem jest uderzająco nieprzyjemny, za trzecim sprawia niemałą rozkosz. Tętno przyspiesza, oddech staje się głębszy i jakby na przekór wszelkim prawom zachowania energii, masz jej po chwili więcej.



Czy popierasz Powstanie Warszawskie?

2011-08-02T21:54:12.679+02:00

(image)

Od kilku lat, co roku o tej samej porze, choć w pełni spodziewany, to zawsze nagle, wybucha konflikt, w którym trzeba się opowiedzieć. Konflikt od którego trudno uciec, ponieważ żadna, ze stron nie wybaczy braku opinii. 1 sierpnia, we wczesnych godzinach porannych wybucha Powstanie Propowstańcze i Powstanie Przeciwpowstańcze. Oczywiście, jak to bywa w takich sytuacjach, stanowiska wczesnym rankiem jeszcze dwuznaczne, niezdecydowane, w okolicach południa są już silnie spolaryzowane. Impreza rozkręca się na dobre.

Pacykarze z mediów z chęcią podchwytują temat – samograj dobry jak dysputy o In vitro, tragedia frankobiorców, teczkach i Smoleńskach, z tym, że w odróżnieniu od wymienionych Powstanie to temat sezonowy, ot jak Boże Narodzenie. Dorzucają do konfliktu ważne etykiety takie jak – Zwolennik Powstania i Przeciwnik Powstania, starając się osadzić skonfliktowane strony, na stałych i niezmiennych pozycjach – byle tylko nikt nie podał sobie ręki, byle tylko jedna, ni druga strona nie zaczęła rozumieć o co adwersarzom chodzi. Aby przypadkiem nikt nie połapał się, że każda ze stron patrzy na inną warstwę Powstania. Dlaczego Zwolennik i dlaczego Przeciwnik?

Czy Zwolennik Powstania, to ten co gdyby dziś trzeba było chwyciłby za karabin i pobiegł zwalczać oprawców? Czy Przeciwnik zaś to ten, który siedziałby z założonymi rękami pilnując tylko, aby tynk po wybuchach nie spadał mu do talerz? Zdecydowanie nie… Nie ma takiej zależności, choć i telewizja i radio (niestety nawet Trójka), usiłują ją wmówić.

Podejdźmy do tego od innej strony, zadajmy zupełnie inne pytania. Czy Zwolennik Powstania byłby gotów stanąć przed przywódcami i ze szczerym uśmiechem powiedzieć im: Gratuluje panowie, to była świetna decyzja, przemyślana dogłębnie, a jej efekty będą murowane!? Czy zaś Przeciwnik Powstania byłby gotów stanąć przed uczestnikami Powstania i z miną zawodu powiedzieć im: Przegraliście na własne życzenie, boście się nie przykładali jak należy i walczyliście jak baby. Jednym słowem zesraliście sprawę popisowo, a cała Polska na was liczyła!?

(Dobra, znam życie – po obu stronach znajdą się debile zdolni do wygłoszenia wspomnianych kwestii).

Otóż problem od lat jest ten sam – ci, którzy mówią, że Powstanie było błędem, mówią o tej warstwie Powstania, która tyczy się dowódców i decydentów. Ci zaś, którzy twierdzą, że było ważne i potrzebne, mówią o akcie, krwi, ofierze, geście – mówią o powstańcach. Czy tylko ja mam wrażenie, że to zupełnie dwie różne warstwy, które choć składają się na obraz Powstania,  trzeba oceniać oddzielnie?

P.S. Doskonale rozumiem co minister Sikorski miał na myśli. Tak jak doskonale rozumiem tych, którzy twierdzą coś zupełnie odwrotnego. Tylko nie rozumiem, że tak to trudno wszystkim pojąć.



Warto jechać w Góry Sowie

2011-06-01T23:21:17.210+02:00

W czasie wyprawy w Góry Sowie postanowiłem, że będą raczej oglądał niż chodził – dlatego też z wyjątkiem wyjścia na Strzeliniec (to już Góry Stołowe), nie dałem sobie szansy aby bujać się po tamtejszych szlakach. Zamiast tego obejrzałem kilka interesujących miejsc i spotkałem wielu ludzi z pasją. Generalnie, w polskich górach nie ma alternatywy – albo po nich chodzisz, albo pod nimi leżysz, z wyjątkami oczywiście, bo infrastruktura turystyczna rozrasta się tak Tatrach jak i Beskidach – zmieniają nam się góry w kurorty pełne z jednej strony atrakcji (parki wodne i linowe, poligony do paintballa i wiele innych), z drugiej strony ludzi, którzy są przez te atrakcje przyciągani. Jak wspomniałem w poprzedniej notce, góry Sowie to przyroda i historia. Zamki, pałace, twierdze oraz tajemnicze instalacje wojskowe, a dookoła przyroda niemal tak dzika jak bieszczadzka. Twierdza Srebra Góra Zresztą to skojarzenie z Bieszczadami szczególnie wyraźnie pojawiło się, kiedy z Bystrzycy Górnej jechaliśmy do kumplem obejrzeć forty w Srebrnej Górze. Z siłą pioruna uderzyło nas złudzenie, że oto pędzimy obwodnicą bieszczadzką - podobne serpentyny i równie fajne widoki. Wszystko jednak jakby przeskalowane, tak jakby ktoś spuścił trochę powietrza z balonu – góry nieco niższe, i ściśnięte i drogi węższa. Podobnie jak tam, słyszeliśmy krzyczącą pustkę – wyrwę, która powstaje wszędzie tam, gdzie historia z siłą huraganu porywa ludzi i rozrzuca po świecie. Świadectwem historii są budynki – kontrastujące z tym dziwnym i uroczym mniejszym wymiarem. Architektura jest ciężka, masywna, solidna – domy różnią się od tych, które możemy zobaczyć w Tatrach czy Beskidach, każdy z nich jest niemal jak kamienica, nierzadko dwupiętrowa, nawet w mniejszych, dobrze schowanych wsiach, których kilka miałem okazję zobaczyć. Tu i ówdzie, widać pruskie mury. Trzy SosnyW jednym z takich domów właśnie zatrzymaliśmy się wraz z przyjaciółmi. Na długi majowy weekend pojechaliśmy w 5 par i z malutkim dzieckiem nie mającym jeszcze roku. W Bystrzycy Górnej, w domu Trzy Sosny, który serdecznie polecam, każdemu, kto wybiera się w tamten rejon. Za niewielką cenę otrzymaliśmy cały parter domu do dyspozycji – pięć pokoi i kuchnia ze świetnym wyposażeniem – duża lodówka, rasowy piec gazowy oraz zmywarka. Dwa większe pokoje spełniają wysokie standardy – jeden, który pełnić może funkcję salonu ma duży telewizor i kablówkę, świetną kanapę i duże wygodne łóżka, w drugim jest podobnie. Nie mieliśmy też problemów z dostępem do internetu. Lecz i tak, jak to zwykle bywa wieczory spędzaliśmy w kuchni, sięgając po media z rzadka. Do tego bardzo ładne podwórko, oraz ogród w którym zażywaliśmy wieczornego grilla. Prawdę powiedziawszy, bywałem w wielu miejscach, w różnych częściach kraju, i za podobną cenę, nie nocowałem nigdy w tak dobrych warunkach (powiedzmy sobie szczerze – zazwyczaj ten standard kosztuje co najmniej pięć dych). Jeżeli jeszcze, z jakichś przyczyn, nie wiecie dokąd pojechać – walcie do Bystrzycy Górnej. Tym bardziej, że właściciel, to cholernie interesujący człowiek, o spokojnym i fajnym charakterze. Nie wiem czy jeszcze to pamiętacie, ale 3 maja spadł śnieg, który sparaliżował komunikację w całej kotlinie kłodzkiej. Właściciel pensjonatu widząc co się dzieje, zaproponował żebyśmy dobrze sobie przemyśleli nasze plany powrotu, po czym zaoferował nocleg za free – i choć nie skorzystaliśmy, byliśmy pod wielkim wrażeniem jego gestu. Przedzierając się w drodze powrotnej przez zaspy i połamane konary, mijając nadwyrężone ciężarem śniegu drzewa, w duchu tego żałowaliśmy, że nie przedłużyliśmy sobie urlopu. [...]



Czy warto jechać w Góry Sowie?

2012-04-07T16:04:01.225+02:00

(image)

Na pomysł wyjazdu w Góry Sowie wpadliśmy przypadkiem, gdy w rozmowach ze znajomymi okazało się, że mało kto był w Sudetach więcej niż raz. Nie powinno to dziwić, wszak z aglomeracji śląskiej znacznie łatwiej dostać się w Beskidy, na Jurę, w Gorce czy nawet Tatry, toteż Sudety nie są i pewnie długo nie będą nawet drugoplanowym celem wypraw mieszkańców Śląska. A szkoda.

Jedzie się tam tylko raz
Sudety mają w moim przekonaniu wielki potencjał, nie mniej jednak zdają się kojarzyć wyłącznie z Błędnymi Skałami oraz Śnieżką. I choć oferują znacznie więcej, to kto odwiedził te dwa punkty już tam więcej nie wraca – co potwierdzają rozmowy z mieszkańcami, którzy niczym klątwę powtarzają: tu się po prostu bywa raz. Ja też byłem tam raz i sądzę, że nie widziałem nawet jednego procenta tego co mogłem zobaczyć i czuję przemożną chęć powrotu.

Nieoszlifowany diament
Zakopane zaludnia się przy każdej okazji, podobnie jest z perłami Beskidów pokroju Wisły. W sezonie i podczas długich weekendów tłoczno tam jak w mrowisku – zawalone Morskie Oko, zawalona Czantoria. Można zapomnieć o odpoczynku. Od ludzi można odpocząć wbijając się na mniej oblegane szlaki. Coraz trudniej o fajny widok, coraz więcej cywilizacji na stokach – wsie, niczym pełzające komórki rakowe rozrastają się przecinając zbocza, wrzynają się w lasy, rozpylają zarodniki z bali i kamienia.

Góry Sowie przypominają pod tym względem Bieszczady – wsie trzymają się dolin, a te usytuowane na szczytach wzniesień są malutkie i dobrze schowane. Gdzie nie wejdziesz i gdzie nie spojrzysz dostaniesz to czego oczekujesz od gór: cisza, spokój i natura.

Oprócz naturalnego uroku, jest w Górach Sowich (i chyba całych Sudetach) coś więcej, coś czego trudno szukać w Bieszczadach, czego nie ma w Tatrach ani Beskidach, jest tam historia – ta głębsza sięgająca czasów średniowiecza i Piastów Śląskich, ta nieco bliższa czyli okres Wojen Śląskich i Prus oraz ta całkiem bliska związana z okresem II Wojny Światowej, paradoksalnie ta najbardziej tajemnicza. Są więc zamki oraz pałace, są i twierdze, są w końcu złowrogie kompleksy podziemnych instalacji bliżej nieokreślonego przeznaczenia.

Co więcej Sudety są górami o znacznym zróżnicowaniu – tak dobrze znane Ślązakom Beskidy są prawdę mówiąc dosyć monotonne. Zaś każde pasmo Sudetów ma do zaoferowania coś w rodzaju specjalności domu: Góry Izerskie, Karkonosze, Góry Sowie czy Góry Stołowe to jakby odrębne byty.




Nie wiedzą co mają w ofercie?

2010-12-23T11:39:35.071+01:00

(image)
W firmie Knorr nie wiedzieli,
że zmieniła się nazwa produktu
Pisałem ostatnio o fajnym produkcie firmy Knorr, który możesz szybciutko przygotować, kiedy wracasz z pracy później niż zwykle. Eskalopki z kurczaka w sosie śmieranowo-ziołowym świetnie spełniają swoją rolę. Niestety - poprzednie zdanie powinno się pisać w czasie przeszłym. Eskalopki zniknęły z rynku. Postanowiłem jednak przeprowadzić śledztwo w tej sprawie. Napisałem do Knorra za pośrednictwem arkusza kontaktowego zamieszczonego na stronie. Zapytałem co się stało z moimi eskalopkami.

W odpowiedzi usłyszałem to, co od dawna podejrzewałem - produkt został wycofany z rynku i nie będzie więcej dostępny. W uzupełnieniu poproszono mnie aby skorzystał z bogatej oferty innych fixów firmy Knorr. Odpowiedź sprawiła mi zawód, ciężki zawód - mając jednak poczucie, że zostałem nierzetelnie poinformowany, wysłałem kolejne zapytanie, z prośbą o podanie podobnego w smaku zamiennika. Zapytałem też o to, czy najzwyklej w świecie mój ulubiony produkt nie zmienił nazwy.

Do tej pory nie dostałem odpowiedzi na dręczącą mnie kwestię, ale może oczekuję nazbyt wiele - wszak mamy okres przedświąteczny i skrzynka kontaktowa firmy Knorr zasypywana jest sporą ilością pytań. Tutaj nie mam pretensji, jeszcze chwilkę poczekam.

Na stronie Knorra znalazłem produkt do złudzenia przypominający moje eskalopki. Prawdopodobnie firma zdecydowała się na zmianę nazwy na Kurczak w sosie śmietanowo-ziołowym, aby poszerzyć pole rażenia, wszak eskalopki to pojęcie znacznie węższe niż kurczak.

W tej całej sprawie dziwi mnie jednak, to że nie zostałem o tym od razu poinformowany. Zamiast precyzyjnego konkretu dostałem ogólny bełkot. No chyba, że w ofercie firmy Knorr (zamieszczonej na oficjalnej stronie), kurczak w sosie śmietanowo-ziołowym znalazł się przez pomyłkę.



Eskalopki w sosie śmietanowo-ziołowym

2010-12-17T22:25:39.521+01:00

Eskalopki z kurczaka w sosie śmietanowo ziołowymfirmy KnorrBardzo lubię produkty Knorra. Dobrze pamiętam smak ich pierwszej zupy pomidorowej, jaką samodzielnie przyrządziłem, kiedy byłem dzieciakiem. Pyszna.Wspominałem kiedyś na blogu o udanym produkcie jakim był Barszcz Czerwony. Dziś chciałbym napisać kilka ciepłych słów o Eskalopkach z kurczaka w sosie śmietanowo-ziołowym produkcie będącym jednym z wielu Fixów firmy Knorr. Cenię tę potrawę za to, że tak łatwo i szybko można ją przyrządzić. Jadałem Eskalopki w sosie śmietanowo-ziołowym wiele razy i chcę Wam powiedzieć, że są bardzo smaczne nawet jak na produkt, który pochodzi z paczki. Oczywiście, na całokształt dobrej oceny składa się specyfika dodatkowych składników. Eskalopki robimy z piersi kurczaka odpowiednio pokrojonej w mniejsze kawałki przypominające plastry. Jak wiemy obróbka termiczna kurczaka zachodzi błyskawicznie. Przyrządzamy go na patelni (polecam TEFAL - nie łatwo na nich coś przypalić) i po kilku minutach danie jest w zasadzie gotowe. Trzeba jeszcze spreparować sos - bazę mamy w torebce. Naturalnie, nie ma w niej śmietany, o którą zadbać musimy we własnym zakresie - polecam świetną polską śmietanę z firmy Piątnica. W kilka chwil i gotowe - mamy sos. Podsmażone mięso możemy zalać sosem i mieszać od czasu do czasu. Zanim zabierzemy się jednak za wyżej wymienione czynności wstawiamy wodę na makaron i ugotujmy w niej fusli czyli świderki. Bez wątpienie gotowanie makaronu zajmie nam najwięcej czasu, dobrze jest więc zacząć od niego. Kiedy makaron się ugotuje, nakładamy go na talerz i polewamy obficie przygotowanymi na patelni eskalopkami w sosie śmietanowo-ziołowym. Smacznego. Danie nad wyraz smaczne i pożywne, z pewnością oszczędzi zachodu, kiedy wrócisz z pracy. W zasadzie jest tylko jeden mały problem. Knorr wycofał tego fiksa z rynku - co gorsza bez uprzedzenia. Od kilku bez mała tygodni, nie mogę go dostać w żadnej sieci handlowej. Domyślam się, co zaszło, lecz o tym następnym razem - wysłałem oficjalne zapytanie do Knorra (zobaczymy czy ktoś mi odpowie). [...]



Czeski Cieszyn i Tricon

2010-08-31T23:02:54.316+02:00

(image)
Koncert Jaromira Nohavicy
impreza towarzysząca
gratka dla fanów
Czeski Cieszyn uległ niezwykłej przemianie. Gościłem w nim przelotem kilka lat temu – widziałem jedynie kilka ulic sąsiadujących z graniczną Olzą i dworcem. W porównaniu z polską częścią miasta wypadał blado – tonął w szarości, zdawało się, że wciąż włada nim przewodniczący KPCz. Gdyby nie w miarę aktualne model samochodów parkujących tu i ówdzie, byłbym pewien, że przekraczając granicę państwa, cofnąłem się w czasie. W szczególności w pamięci utkwiła mi stołówka dworcowa, bowiem każdy element wystroju, każde urządzenie, każdy sztuciec i talerz, każdy pracownik z bufetową na czele, jednym słowem cały przybytek, wyjęty był z minionej epoki.

Kilka dni temu wróciłem z Triconu, kilkudniowej imprezy poświęconej fantastyce. Pod jedną nazwą łączył w sobie trzy wielkie imprezy – najważniejszy polski konwent fantastyczny Polcon, najważniejszy czechosłowacki konwent Parcon (bo choć Czesi i Słowacy wytyczyli granice, podzielili się wszystkim czym tylko można się było podzielić – udało im się nie podzielić środowiska miłośników literatury fantastycznej) oraz Eurocon – czyli najważniejszy zlot entuzjastów sf w europie, którego cechą zasadniczą jest przechodnia forma (za rok odbędzie się w Szwecji).

Główne atrakcje Triconu miały miejsce po stronie polskiej – tamże odbywały się wszelkie prelekcje, panele dyskusyjne, spotkania z najznamienitszymi pisarzami science-fiction i fantasy. Po stronie czeskiej w polskojęzycznym gimnazjum umiejscowiono – nieco na uboczu, jak ponoć zawsze na Polconach (choć to opinia zasłyszana na konwencie) – wszystko to co związane było z rozrywką taką jak wszelkiego rodzaju gry planszowe, bitewne, karciane i fabularne. Z racji pełnionych obowiązków służbowych tam spędziłem większą część Euroconu, dzięki czemu mogłem wejść nieco głębiej w miasto, które w moim wyobrażeniu pozostawało skansenem kraju, który w tubylczym języku zwał się Československá socialistická republika.

Dziś Czeski Cieszyn, ledwie kilka lat od mojej pierwszej, bardzo krótkiej zresztą wizyty jest miastem świeżym, kolorowym, odnowionym. Tam gdzie jeszcze niedawno dominowała szarość odpadających tynków, gdzie królowało próchno i korozja, widzę uroczą, niską zabudowę, wesołe barwy, nowoczesną radość i bijący blask.

Wygląda to trochę tak, jakby degradacja była chorobą przenoszącą się wraz z wiatrem, który wieje dziś po stronie polskiej, z murów kamienic odpadają tynki, ulice stały się nierówne i popękane. Może to mylne wrażenie, wynikające jedynie z tego, że tym razem z braku czasu nie odwiedziłem rynku, że poruszałem się jedną i tą samą drogą, wiodącą od ulicy Paderewskiego, przez Bielską aż do mostu nad Olzą.



Czarne wizje bieszczadzkie

2010-09-02T21:03:59.155+02:00

(image)
Cisna, Pub Siekierezada, sala rogata
źródło: siekierezada.pl
W Bieszczady jechałem pełen uprzedzeń, których źródła są głęboko zakorzenione w czasach studenckich, kiedy to część moich znajomych odkryła ten region dla siebie. I choć wspominali oni o niewątpliwych urokach przyrody, o niesamowitych połoninach i pięknym nocnym niebie, w ich relacjach częściej dominowały epickie wręcz opowieści pełne bohaterskich zmagań z napojami wyskokowymi. W związku z tym, w mojej głowie rósł szalony świat alkoholowych libacji, zamieszkiwany przez legendarnych zakapiorów, pijaczków i meneli powłóczących nogami niczym zombie. Świat wiecznej maligny, szybko gaszonego kaca i całej tej poezji, śpiewanej przez bieszczadzkie anioły niepewnej proweniencji. Góry były w mym wyobrażeniu mekką wszelkiej maści żuli, którzy zdawali się spływać tam w czasie letniej kanikuły. Wizje te skutecznie obrzydziły mi podróże w tę część Karpat jeszcze za czasów, kiedy sam byłem studentem.

Jechałem tam bez przekonania, pewien jedynie, że spotkanie z obcym mentalnie środowiskiem będzie dla mnie torturą. W Cisnej miałem poznać miejsce, w którym zgona zaliczyło wielu moich przyjaciół, miejsce gdzie nie jeden z nich popisał się niegdyś sromotą, którą do dziś błyszczy w żenujących opowieściach, którą chełpi się niczym orderem na piersi. Spelunę, w której siekiery wbija się w stół.

Część pierwsza: >>> Uderzony Bieszczadem



Uderzony Bieszczadem

2010-08-17T22:16:24.925+02:00

(image)
Tarnica
żródło: GEA
Nie powiem, żebym doświadczył jakiegoś mistycznego objawienia, lecz wróciwszy z urlopu w Bieszczadach postanowiłem uporządkować kilka spraw. Po pierwsze zmienił się mój stosunek do technicznych wynalazków – np. mediów. Kilka lat temu z powodzeniem obywałem się bez telewizora, jednak po przeprowadzce, okazało się że przybytek ten wchodzi w skład wyposażenia nowego mieszkania. Usunąć się go nie dało. Wrósł w moje życie na powrót.

Wracając z Bieszczad słuchałem radiowej Trójki. Wcześniej przez ponad tydzień pozbawiony byłem wszelkich wiadomości, więc nie wiedziałem o tej całej niesmacznej, żałosnej hecy z krzyżem. Tu obrońcy – słyszę, tam zaś przeciwnicy. Postanowiłem wykorzystać okres przymusowej abstynencji medialnej i pociągnąć ją dalej, rozszerzyć jej zasięg. Po powrocie porozumiałem się z drugą połową w tej sprawie – doszliśmy do zgody. Z satysfakcją donoszę, że poza jednym niewinnym epizodem z telewizją czeską nie załączałem telewizora od 14 dni. Doświadczenie jest doprawdy krzepiące. Mam więcej czasu wieczorami i jak kiedyś z uwagą słucham radia, zaczytuję się w Polityce. Czytam i słucham o krzyżu, lecz go nie oglądam. Ten krzyż mnie nie dotyczy, ten krzyż mnie nie dotyka, nie muszę dźwigać tego krzyża – ależ ulga.



Robert Kubica retro

2010-06-28T22:27:13.220+02:00

Stare gierki nie zdychają i mają się całkiem nieźle. Że Commodore to się wie – sentymenty pełną gębą. Emulatorów zatrzęsienie, a tytuły idą w tysiące.

Ostatnio jednak na poważnie wziąłem się za nadrabianie braków związanych z Nintendo 64. Ta konsola piątej generacji pojawiła się na rynku w 1996 roku, a jej głównymi rywalami w walce o prymat były Sony Playstation oraz Sega Saturn. N64 była zdaje się pierwszą konsolą 64-bitową, w teorii zatem jej możliwości przewyższały to co oferował PSX. Z bliżej nieokreślonych przyczyn Nintendo uparcie trzymało się kartridżów co z pewnością wpłynęło na, że koniec końców sprzedano 32 mln egzemplarzy tej konsoli, czyli trzy razy mniej niż jej bezpośredniego konkurenta Sony.

Dziś jednak dziękuję Nintendo, że trzymał się tego przestarzałego nośnika danych. Dzięki temu ROMy gier (inaczej obrazy gier) są w szalenie przystępnych rozmiarach, wahających się od kilku, do kilkunastu megabajtów.

Mamy mistrzostwa świata w RPA i z tej okazji zagrywam się w leciwą lecz bardzo fajną jeszcze grę FIFA 99 – to ta z muzyką Fat Boy Slima. Idąc też za ciosem – wszak Kubica robi co może – zasiadam za kierownicą Williamsa, stając w konkury z Schumacherem, Hakkinenem, Coulthardem, Bergerem, Irvine i Alesim – ktoś pamięta jeszcze takie listy startowe?

Wszystko w znośnym trójwymiarze sprzed jedenastu, a może nawet dwunastu lat z czasów kiedy na komputerach PC królowały karty Riva TNT2 oraz GeForce 256.  



Kilka miesięcy bez Opery

2010-06-24T22:56:32.041+02:00

Mijają dwa miesiące odkąd zrezygnowałem z Opery. Prawdę powiedziawszy myślałem, że będzie trudniej, że moje nawyki zintegrowały się z tą przeglądarką. Zdradziłem ją na rzecz Firefoxa ponieważ zaczęła szwankować po którejś tam aktualizacji – problemy z youtube i takie tam w stylu ciągle nie naprawiona obsługa aplikacji googla, brak css3 i html5.

Przez jakiś czas odpalałem ją, żeby poczytać RSSy moich ulubionych stron. Dziś już nawet tego nie robię. Czasem tylko w zapomnieniu przewijam wracam na poprzednią stronę kombinacją rmb+lmb i łapię się, że nie działa...



Młode seksowne ziemniaki

2010-06-23T23:22:48.591+02:00

W zeszłym roku totalnie przejadły mi się gotowane ziemniaki. Po prostu nie mogłem już na nie patrzeć. Ich miejsce zastąpił ryż, makaron, kasza. Zostały oczywiście frytki – bez frytek nie wyobrażam sobie życia.

W poniedziałek zmieniło się wszystko. Szef przyniósł z baru jak zwykle schabowego z ziemniakami. Taki ma standard. W powietrzu jednak zagościł zapach koperku – tak jest, te ziemniaki były młode. Cholera, po prostu pachniały świeżością. Totalnie zapomniałem, że przecież na kartofliskach nastąpiła zmiana wart.

Otwarły mi się oczy – moje kochane ziemniaki, uwielbiane młode ziemniaki wróciły dziś do jadłospisu. Bez czarów-marów po prostu młode ziemniaki, z kotletami z piersi kurczaka, posypane koperkiem. Seksowna uczta dla spragnionego podniebienia.



Gry planszowe w mediach

2010-03-24T22:58:05.684+01:00

Codziennie rano, zanim wyjadę do pracy, spożywając niewielkie śniadanie oglądam telewizję. Poranne pasmo nie jest raczej atrakcyjne. Nie posiadając kablówki odbieram tylko te kanały, które nadają w sposób konwencjonalny.  Mam podstawowy pakiet: TVP1, TVP2, Polsat, TVN (śnieży), Puls (śnieży) oraz CT1 (śnieży, ale tylko troszkę). Poranne audycje należą do gatunku telewizji śniadaniowej – nic ambitnego, często najzwyklejsza żenada. Przeto aby podbić sobie nieco poprzeczkę najczęściej oglądam CT1 czyli pierwszy kanał czeskiej telewizji publicznej. Oczywiście, tam też leci sformatowany pod niewyspanego Czecha, łatwy w odbiorze program śniadaniowy. Dla mnie jednak stanowi on dobry moment aby się rozbudzić, wszak zasady języka czeskiego są mi zupełnie obce. Nie mniej jednak, mam z nim do czynienia od wielu lat, właśnie za pośrednictwem czeskiej telewizji, którą z bożej łaski w moim mieście złapać można bez trudu. Toteż wydaje mi się, że rozumiem większość z tego, co mówią do mnie głowy posługujące się językiem Husa, Havla i Barosa. Dzisiejszy program był szczególnie ciekawy. Nie rozpisywałbym się o tym wszystkim, gdyby nie fakt, że w gorącym jeszcze najnowszym numerze Świata Gier Planszowych,  Ignacy Trzewiczek poświęcił zagadnieniu obecności gier planszowych w mediach obszerny felieton. Nie chciałbym psuć wam zabawy płynącej z lektury tekstu o którym piszę, wszak nie od dziś wiadomo, że ten znany i lubiany recenzent, felietonista i popularyzator gier planszowych (a także ich twórca) w swoich tekstach posługuje się wyjątkowo barwnym stylem, za którym przepada cała rzesza jego fanów i zaciekłych przeciwników. Napiszę więc tylko tyle, że Trzewik zwraca uwagę na to, że nawet jeśli w telewizji pojawi się trzydziesto sekundowa wzmianka o jednej z licznych imprez planszówkowych, to i tak w migawkach pojawi się Monopoly, Chińczyk oraz Scrabble – a więc gry, których obecność jest w światku fanów planszówek znikoma lub żadna. W dzisiejszym porannym programie CT1 planszówki obecne były cały czas. Trzech panów w zielonych koszulkach z białym logo – nie mogłem dostrzec jakiej organizacji (wszak, CT1 mi śnieży) przez około 15 minut nawijali o grach planszowych i odpowiadali na pytania pary prowadzącej program. Co więcej, kiedy zmienił się temat rozmowy, chłopaki pozostali w studio, a gry planszowe zalegały w widocznym miejscu przy długim, barowym pulpicie prowadzących. Goście programu po prostu z boku zaczęli sobie w coś tam grać. Prowadząca zapytała na przykład, czy są jakieś czeskie gry znane lub uznane w świecie? Zgodnie z prawdą chłopcy odrzekli, że owszem, nie wymienili jednak tytułów, zamiast tego podali nazwiska twórców takich jak Vlaada Chvatil czy Valdimir Suchy. Bombowa sprawa, bowiem zaspany Czech mógł się poczuć dumny, że oto dwóch kolejnych jego ziomków zyskuje rozgłos na świecie – no pięknie mu się zaczął dzień. Generalnie cały program był świetną wizytówką wschodzącej najwyraźniej branży, dodajmy - branży odpornej na kryzys.Tak na marginesie dziwi mnie postawa polskich mediów (głównie telewizji). Dziennikarze lubią zaskakiwać, szokować, pokazywać rzeczy mniej znany, a ciągle i w kółko Monopoly, Scrabble, Chińczyk. Monopoly Scrabble Chińczyk. A przecież w ciągu kilku ostatnich lat ukazała się setka polskich gier, wśród których są przecież gry, które powinny dostać godło Teraz Polska i to honorowo, bowiem docenili je już dawno zagraniczni wydawcy, gracze i trzepni[...]



Fallout 3 - ręce opadają

2010-03-07T15:46:06.702+01:00

W zeszłym tygodniu postanowiłem zmierzyć się wreszcie z trzecią odsłoną legendarnej gry komputerowej Fallout. Przypomnijmy, że Fallout jak i jego kontynuacja Fallout 2 uchodzą za najlepsze gry z gatunku cRPG. Dopracowany świat, świetna fabuła, przyjemne mechanizmy rozwoju postaci. Oczywiście, dziś obie gry wyglądają staro – od czasu ich ukazania się minęło wiele lat. Dziś nie sposób zachwycić prerenderowaną grafiką i rzutem izometrycznym. Rządzi grafika 3D, swobodne przełączanie się między widokami z pierwszej i trzeciej osoby, wielkie dopracowane scenerie, możliwość przesuwania wszelkich przedmiotów, realistyczna fizyka. Oba Fallouty (oraz warty wspomnienia Planscape: Tourment) wciąż bronią pozycji najlepszych erpegów ever. Nie ze względu na wodotryski, ale na to, co w tym gatunku jest szalenie ważne: fabuła, fabuła, fabuła. Zapaliłem się nieziemsko, kiedy potwierdziły się informacje, że po wielu latach Fallout wróci. Pomyślcie: najlepsza gra cRPG, w najlepszej nowoczesnej grafice. Będzie hit. Pewne obawy wzbudził we mnie jednak fakt, że za grę zabrała Bethesda – firma odpowiedzialna za ostatnią odsłonę Elder Scrolls. Odpaliłem w końcu grę – po latach zmieniłem komputer, na taki, który Fallouta 3 uciągnie. Pierwsze co ujrzałem, to twarz lekarza, który właśnie przyjął mnie na świat – pomysł w dechę. Koleś zachwyca się mną, informuje matkę o płci, pyta ją o moje imię – te parametry wybieram sobie sam. Odpala jakąś maszynkę, która pokaże jak będę wyglądał w dorosłym życiu. Tu też mogę poprzesuwać sobie brwi, ustalić fryzurę, kolor skóry – wiecie o co biega, znamy to z Simsów. Schodzi mi na tym jakieś 15 minut. W następnej scenie mam już roczek. Wchodzi mój stary i zachwyca się mną. Umieszcza mnie w kojcu. Wiadomo, że wyjdę – łażę troszkę po pomieszczaniu, oglądam zabawki w końcu trafiam na książeczkę. Po jej otwarciu mogę ustalić współczynniki. Zaraz potem wchodzi ojciec, coś tam nawija. Kolejne 15 minut gry. Dalej któreś tam urodziny. Jakieś rzewne scenki z życia gówniarza. Nudne gadki z postaciami. Stary daje mi prezent – wiatrówkę. Idę postrzelać do podziemi. Trafiam w tarcze, potem pojawia się dupny karaluch. Trafiam i pozbawiam go życia. Aha, wcześniej dostałem pip-boya (taki komputerek na łapce). Super – kolejne 15 minut w plecy. Następnie jestem już nastolatkiem, mam przed sobą egzamin. Znów nic nie wnoszące rozmowy i scenka z laską, tak sztampowa, że 90210 było przy niej szczytem oryginalności. Zdaję egzamin, proponowane mi są jakieś tam poziomy umiejętności – można się na nie zgodzić lub poprzesuwać. Co za męczarnia! Kolejne 15 minut  - powiedzmy sobie szczerze - w dupie.Wreszcie jestem dorosły, wreszcie jakaś akcja. Mój stary uciekł ze schronu, więc wreszcie mam głównego questa. O zgrozo po godzinie! Mniejsza o akcję – biegasz i strzelasz, szukasz wyjścia, aby podążyć za ojcem. Oczywiście znajdujesz. Otwierasz bramę i co widzisz? Ludzie, nic mnie tak nigdy nie – przepraszam za wyrażenie – nie wkurwiło w grze komputerowej, jak to co zobaczyłem. Dostaję swoją kartę postaci z informacją, że mogę sobie wszystko pozmieniać wedle uznania!!! No na krętego pindola!!! To po jaką cholerę przez godzinę robiono ze mnie idiotę? Po jaką cholerę biegałem jako niemowlak, jako wyrostek – po jaką cholerę te urodzinki, te durne scenki z idiotycznego serialu dla młodzieży w typie Emo? Okrągła godzina w świńskim zadku. Złote mali[...]



Przeglądarka zgodna ze standardami

2010-02-27T23:46:35.713+01:00

Co jakiś czas wracam do pasjonującej książki Jeffreya Zeldmana Designing with Web Standards. To jak dotąd jedna z najlepiej napisanych książek poświęconych projektowaniu stron WWW jakie czytałem. Nie tylko ze względu na rzeczowe podejście do omawianych kwestii, ale przede wszystkim ze względu na fanomanalny, nieco gawędziarski styl Zeldmana. Wczoraj wyłapałem jedną z dziesiątek ciekawostek. Przeczytajcie sami:

(image) W latach 1990-tych inżynier Tantek Celik był reprezentantem Microsoftu w ramach grup roboczych W3C HTML i CSS. Kiedy jego przełożeni zlecili mu zarządzanie zespołem tworzącym Internet Explorera 5 dla komputerów Macintosh., Tantek włożył w to zadanie całą swoją wiedzę i pasję do standardów sieciowych. Współpracował nawet bezpośrednio z kluczowymi członkami projektu standardów sieciowych w celu przetestowania zgodności przeglądarki z nowatorskimi ówcześnie stronami opartymi na jednokolumnowym układzie CSS oraz obmyślenia rozszerzeń interfejsu użytkownika, dzięki którym strony byłyby bardziej przystępne. W efekcie powstał produkt, który obsługiwał standardy sieciowe bardziej dogłębnie i z większą dokładnością niż jakikolwiek inny przed nim. Internet Explorer 5 dla Macintoshy, cieszący się sporym uznaniem od momentu udostępnienia w 2000 roku, był pierwszą przeglądarką zgodna ze standardami.

J. Zeldman. Projektowanie serwisów WWW. Standardy sieciowe. Wydanie II. Gliwice, Helion S.A 2007, s. 41.
Was też zdumiał przytoczony fragment? Mnie rozłożył na łopatki zupełnie. Oto bowiem pozornie ten sam produkt, tego samego potentata tyle, że przeznaczony na różna platformy sprzętowe jest zarazem synonimem zacofania i tandety oraz nowoczesności i dobrze wykonanej roboty. Taki sobie paradoks.



...porque no es bueno...

2010-02-10T01:04:48.076+01:00

(object) (embed)

I wszystko jasne... już jutro :]



Gra dla twojej laski

2010-02-07T20:00:01.314+01:00

Słyszałem, że dziewczyny bardzo lubią grę planszową Carcassonne. Postanowiłem wypróbować, jak zadziała ta sławna i nagradzana gra rodzinna na moją druga, oczywiście lepszą połówkę. Zrobiłem więc z Carcassonne urodzinowy prezent. Początkowo cieszyłem się, że chwycił. Co weekend rozgrywamy partyjkę lub dwie. Znajomi też polubili. No bo do cholery - Carcassonne to doskonała gra na rozpoczęcie przygody z grami planszowymi.

(image)
Od 5 partii prowadzę statystykę - możecie sobie ją tu gdzieś zobaczyć (ona niebieska, ja czerwony). Dziewczyny lubią tę grę. Ze statystyki wynika, że dostaję ostro po tyłku. W pojedynkach Ona kontra Ja jest aktualnie 5:0. Bardzo mi się to nie podoba. Dziewczyny lubią tę grę, bo budując te cholerne mury Carcassonne, mogą triumfować nad facetami. Aż chce się powiedzieć: sakreble.



Rozczarowanie Operą

2010-02-07T16:45:54.833+01:00

(image) Jestem stałym czytelnikiem bloga Pawła Wimmera. Ostatnio przeczytałem u niego kilka wpisów dotyczących CSS 3.0 i przyznam, że jestem rozczarowany... przeglądarką Opera.

Opery używam od wielu, wielu lat. Przez ten czas byłem z niej zadowolony. Odpalała się szybko, poprawnie wyświetlała strony, a sekwencja kliknięć LMB, RMB (lub kiedy trzeba odwrotnie) weszła mi w krew.

Pierwsze problemy pojawiły się wraz z rozwojem możliwości Google. Opera miała kłopot z obsługą sieciowych aplikacji, ale można to było przeboleć – noszę na pendrivie Open Offica, więc nie potrzebuję wirtualnego pakietu biurowego.

Założyłem jednak bloga, na googlowskim Blogger.com – i musiałem zainstalować Firefoxa, abym mógł dodawać notki. Jakoś nie przeszkadza mi konieczność posiadania dwóch przeglądarek – ale wolałbym korzystać z Opery.

Niegdyś Opera słynęła z tego, że poprawnie interpretowała znaczniki HTML oraz style CSS. Niestety, ilekroć Paweł Wimmer pisze, opatrując przykładami, o HTML5 lub CSS3 coś mnie strzela... Moja Opera nie kuma o co biega, moja opera nie potrafi czytać HTML5 i CSS3. Nie dla mnie zatem zaokrąglone rogi, nie dla mnie dzielenie tekstu na kolumny. Owszem, da się bez tego żyć, ale do stu tysięcy beczek kiszonej kapusty – nie chcę być internetowym pariasem.



Na ostrej p...

2010-01-22T00:48:48.128+01:00

Ostatnio bardzo dużo pracuję. Nie mam czasu pisać na żadnym z moich blogów. Dość powiedzieć, że jestem na nogach od 5:30 do 0:30. Nie sądziłem, że jestem zdolny prowadzić taki tryb życia. Wydawało mi się, że mój organizm potrzebuje 8 godzin snu - a tu starcza mu 5 plus jakieś drzemki w autobusie. W trybie działam już prawie dwa miesiące i specjalnie mi to nie przeszkadza. Jak się ma silną motywację to można przekroczyć granice, w których nieprzekraczalność nigdy się nie wątpiło. Będzie bez obrazka gdyż nie chce mi się szukać.



Przeczytane: Wroniec Jacka Dukaja

2010-01-10T00:32:59.726+01:00

(image) Przeczytałem ostatnio Wrońca. Nie jest to Dukaj którego kochacie, ale ja też nie kocham waszego Dukaja. Raczej będzie to pozycja dla fanów Koraliny Neila Gaimana, niż dla hardcorowców Czarnych Oceanów.

Powieść przypadła mi bardzo do gustu. Pewnie dlatego, że od kilku lat łapię się na nostalgicznych ciągotach, za tym wszystkim co dotyczyło mnie w latach osiemdziesiątych. Nie mogę pamiętać stanu wojennego – to pewne, lecz Wroniec odcisnął na mnie swe czarne piętno. Maszyna szarości przemieliła moje sploty nerwowe i koniec, końców pozostałem czuły na te klimaty. Zresztą sami widzicie – po co mi było wspominać na blogu, o mało znanej grze na c64, która powstała przed 27 laty.

Na stan wojenny patrzymy oczami Adasia, któremu wszechwładny Wroniec porwał ojca i okaleczył matkę. Spojrzenie to jest naiwne, ale może dlatego takie wstrząsające. Adaś trafnie tłumaczy sobie rzeczywistość, choć posługuje się własnym językiem. Przykładów nie podam, bo nie będę psuć zabawy tym którzy jeszcze nie czytali. Świat, który widzi dzieciak składa się z groteskowych metafor - brutalnie trafnych.

Powieść Dukaja serdecznie polecam, wciąga i aż szkoda, że starcza na jeden wieczór. Książka wydana jest na świetnym poziomie – w środku znajdziemy masę genialnych ilustracji Jabłońskiego.

Skoro jesteśmy już przy nostalgii za latami '80 to pewnie na tapetę wezmę Na Szybko Spisane.

W dzisiejszym dniu, tj. 10 stycznia 2010, sponsorem bloga jest TheTatoo.pl.